"Nie mam raka. Nie będzie żadnej operacji, zwężenie ustąpiło, bóle
znikły, nie boli mnie nic. (...) Nie śmiem powiedzieć, że to cud,
odsuwam tę myśl - boję się jej".
Jeśli rzeczywiście powrót Półtawskiej do pełni sił po ciężkim oparzeniu
w 2014 roku był cudem, to nie był to pierwszy cud w jej życiu. W 1962
roku niebo też w jej intencji było szturmowane. Z pewnością robił to
Brat, Wojtyła, za pośrednictwem - dziś już świętego, a wówczas żyjącego w
opinii świętości - włoskiego zakonnika, o. Pio.
Tuż po wakacjach w 1962 roku Wojtyła wyjechał do Rzymu na pierwszą
sesję II Soboru Watykańskiego. Pozostali w Krakowie Półtawscy szykowali
się do kolejnej przeprowadzki. Kilka lat wcześniej Wanda, która była
wówczas radną dzielnicy Stare Miasto, jako ofiara eksperymentów
pseudomedycznych w Ravensbruck dostała od premiera Józefa Cyrankiewicza
przydział na mieszkanie przy rondzie Mogilskim, tuż obok pętli
tramwajowej. Hałas pojazdów uniemożliwiał jej spanie, więc niemal
natychmiast dała ogłoszenie w gazecie o zamianie. Po kilku miesiącach
udało się wymienić mieszkanie na lokal przy ul. Brackiej - tuż przy
krakowskim Rynku, parę minut spacerem od kurii przy Franciszkańskiej.
Jednak w tym czasie pojawiły się u niej silne bóle. Początkowo tylko w
nocy, potem także w ciągu dnia. Zaczęła podejrzewać, że to nowotwór.
Jej diagnozę 31 października potwierdził lekarz. Rak jelita grubego.
"Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Wiedziałam, że nie miała odwagi.
Powiedziała
opisowo: na wysokości 13 cm twardy, okrężny naciek z owrzodzeniem -
źródło bólu!" - zapisała w notatkach. Dodając, że była wprawdzie
spokojna, nurtowały ją jednak pytania o to, co robić dalej, ile czasu
jeszcze jej zostało: "Ale uświadomiłam sobie, że małe mają
dopiero 4 lata! I nagle zdecydowałam, że wezmę urlop bezpłatny i spędzę
resztę życia z dziećmi, żeby coś zapamiętały z matki, zanim zabierze
mnie przedłużone rakowe konanie!".
Następnego dnia - w uroczystość Wszystkich Świętych, w dzień rocznicy
święceń kapłańskich Wojtyły - poszła na cmentarz, bo wydawało jej się,
że musi wybrać miejsce na grób. "Skończyłam 41 lat życia. Dużo, ale
mało, żeby umierać!" - notowała.
Pomimo bólu i zmęczenia rzuciła się w wir pracy. By wykończyć "planowo
wszystkie pozaczynane sprawy", by ukryć słabość przed rodziną. O
diagnozie lekarzy nie powiedziała bowiem mężowi. Gdy ze łzami w oczach
pytał, co przed nim ukrywa, śmiała się, a on się uspokajał. "Płacz
Andrzeja ujawnił mi jedno: jeżeli będą jakiekolwiek szanse przedłużenia
życia, szanse jakiejkolwiek operacji, muszę się zgodzić. To nic, że
będzie to jakiś czas życie kalekie. Dla niego lepiej, żebym była żywa
jak najdłużej" - pisała. Jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że
życie ze sztucznym odbytem jest właściwie kalectwem.
Walczyła
samotnie. Nikt nie wiedział. Mocowała się z Bogiem: "Jezu, widzę to tak
jaskrawo, że boli samo przeczucie. (...) Panie, nie dorosłam do tego
krzyża, takiego krzyża! Nie chcę, nie chcę, nie mogę tego przyjąć!".
A dalej: "Coś się we mnie boi i zarazem coś ufa; coś jest głębią
spokoju i coś we mnie ginie w niepokoju! Rozdarcie - coś podejrzewa
najgorsze i coś we mnie ufa, spodziewa się... Czego? Cudu?". Pracuje
szybciej i dokładniej. Nie ma obok niej Brata, a ona czeka na jego
pośrednictwo. Chce napisać do niego list. "Ale nagle pomyślałam, że
zanim te napisane przeze mnie teraz słowa dotrą do Ciebie, mnie może już
tu nie będzie. I zatłukło mi się serce lękiem" - pisała w notatkach
przeznaczonych dla Wojtyły.
List z wiadomością o chorobie oraz z pojawiającymi się w związku z nią
pytaniami do Wojtyły jednak wysłała. Mężowi nie mówiła nic.
Przeprowadzka i zamieszanie wokół niej pozwalały na ukrywanie
cierpienia.
10 listopada 1962 roku Wojtyła pisał z Rzymu: "Twoje przekonanie, że
jest nowotwór, nie zostało wprawdzie potwierdzone, ale można je przyjąć.
Chodzi o to, co dalej robić. I tutaj, Dusiu, pragnę Cię, tak jak umiem,
zmobilizować do walki o Twoje zdrowie i życie. Widzisz, masz za sobą
straszliwe doświadczenia Ravensbruck, masz szereg ciężkich porodów i
wyczerpującą pracę, ale dopiero co skończyłaś 40 lat, masz czworo małych
dzieci i Andrzeja.
Dusiu, jest jeszcze coś więcej - jakaś misja
czy powołanie, które jest rzeczą rzadką, jakieś szczególne
doświadczenie człowieka oparte na samodoświadczeniu. Chodzi o
to, aby tymi wartościami jak najdłużej służyć innym, choćby nawet nie w
takim zakresie ilościowym, ale tutaj przede wszystkim jakość jest
ważna".
W dalszej części zachęcał do poddania się operacji, zapewniał o
modlitwie za nią i podkreślał, że mąż musi się dowiedzieć, bo
"pozostawianie go poza zasięgiem tej sprawy, pozostawianie go w
nieświadomości poza tym, że jest niemożliwe, byłoby chyba jakąś
krzywdą". List - zgodnie z prośbą Półtawskiej - wysłał na adres ks.
Mariana Jaworskiego.
Kilka dni później Półtawska podjęła decyzję o poddaniu się operacji.
Odbyła rozmowę ze znajomym doktorem, który zgodził się przeprowadzić
zabieg. Termin wyznaczono na czwartek 22 listopada. O chorobie
powiadomiła męża. Płakał. W sobotę 17 listopada poszła do szpitala na
badania. "Powiedzieli, że jest jeden procent na sto, że może to nie rak.
Po co tak mówią, chyba lepiej milczeć" - odnotowała w zeszycie. Weekend
spędziła w domu. Do kliniki wróciła we wtorek. W środę przeprowadzono
kolejne badania.
W czwartek - 22 listopada - napisała: "Jestem
jak uderzona, nie mogę siebie odnaleźć. Boję się powiedzieć, co się
stało, boję się rzecz nazwać po imieniu. (...) Badanie ostateczne,
ostatnia rektoskopia wykazała zupełnie co innego. (...) Owrzodzenie,
które wczoraj było, zniknęło, nie ma go, została lekko zaróżowiona po
świeżym zagojeniu śluzówka. Nie mam raka. Nie będzie żadnej
operacji, zwężenie ustąpiło, bóle znikły, nie boli mnie nic. (...) Nie
śmiem powiedzieć, że to cud, odsuwam tę myśl - boję się jej. (...) Ja
nie modliłam się o zdrowie, to nie ja uprosiłam!". W notatkach z
kolejnych dni niedowierzanie miesza się z lękiem. Przecież nie prosiła o
żaden cud, a została "osaczona przez Boga". I natrętne pytanie: "Czego
chcesz ode mnie, Panie?".
Wiadomość o cudownym uzdrowieniu błyskawicznie posłano do Rzymu.
Wojtyła odpisał 26 listopada, ale list do Krakowa dotarł dopiero 7
grudnia. "Za tamto, tj. przywrócenie zdrowia Dusi, dziękujemy - obyśmy
umieli tak samo gorąco dziękować, jak umiemy prosić" - pisał. Ale jak
można dziękować tak samo, jak prosić, skoro Wanda nie prosiła o cud?
"Nie umiałabym uwierzyć w cud i nie umiem przeżyć cudu! - odnotuje. -
Właśnie o to chodzi: ja nie umiem przeżyć cudu - dlaczego? Usiłuję
zrobić analizę. Chyba coś się we mnie buntuje przeciwko takiemu
»manipulowaniu« mną.
A fakt uzdrowienia, zamiast rzucić mnie na kolana z wdzięcznością dla Boga, wzbudził we mnie bunt".
"Ja nie modliłam się o zdrowie, to nie ja uprosiłam!" - pisze Półtawska. A zatem kto? Cofnijmy
naszą narrację do 17 listopada 1962 roku, do dnia, w którym przeszła w
szpitalu pierwsze badania przed operacją. Tego właśnie dnia bp Karol
Wojtyła napisał jednozdaniowy list do San Giovanni Rotondo. Jego
adresatem był o. Pio: "Wielebny Ojcze, proszę o modlitwę w intencji
czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas
ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w
Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w
niebezpieczeństwie utraty życia: aby Bóg przez Wstawiennictwo
Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej
rodzinie".
List za pośrednictwem przyjaciela - ks. Andrzeja Marii Deskura,
wówczas referenta w Papieskiej Komisji ds. Kinematografii i Radia -
trafił do rąk Angela Battistiego, który od 1941 roku znał o. Pio.
Następnego dnia, w niedzielę 18 listopada, wieczorem koperta jest już w
rękach świątobliwego zakonnika. Battisti relacjonuje: "Ojciec Pio
poprosił mnie o otwarcie koperty i przeczytanie listu. Byłem zaskoczony:
list nie zawierał nic nadzwyczajnego. Był jednym z wielu tego rodzaju,
które Ojciec Pio otrzymywał każdego dnia od osób proszących go o
modlitwę".
Po wysłuchaniu treści listu zakonnik mówi:
"Angelino, jemu nie można odmówić!" i poleca, by biskupa z Polski
zapewnić, że będzie się gorąco modlił "za tę mamę".
Jedenaście dni później Wojtyła pisze kolejny list, w którym informuje
zakonnika o niespodziewanym uzdrowieniu kobiety, jeszcze przed operacją:
"Bogu niech będą dzięki. Także Tobie, Wielebny Ojcze, serdecznie
dziękuję". Także i w tym przypadku posłańcem jest Angelo Battisti,
który staje przed o. Pio 1 grudnia, a ten prosi o odczytanie listu.
"Panu niech będą dzięki!" - mówi zakonnik i poleca, by Battisti
przechował oba listy, "ponieważ pewnego dnia się przydadzą".
Półtawska nie wiedziała nic o listach Brata wysyłanych do San Giovanni Rotondo.
Nie miała nawet pojęcia o istnieniu o. Pio. O wszystkim dowiedziała się dopiero w grudniu 1962 roku po powrocie Wojtyły z Rzymu.
"Nie pytałam o nic i wolałam to zamknąć. (.) Zamknęłam ten rozdział,
ale było we mnie to pytanie: »Jak to naprawdę było?«. Drążyło mnie"
.
W grudniu 1997 roku Jan Paweł II powie w rozmowie ze swoim biografem,
że według jego przekonania był to cud, do którego doszło za
pośrednictwem o. Pio. Z notatek Półtawskiej z roku 1962 wynika, że także
ona tak uważała, ale nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Wypierała
to. W wywiadzie udzielonym w 2001 roku dwumiesięcznikowi "Głos Ojca
Pio" wyznała, że nie brała pod uwagę Bożej ingerencji, a fakt
zniknięcia objawów chorobowych uważała za mieszczący się "w ramach
pomyłki diagnostycznej".
W cud uwierzyła dopiero w maju 1967 roku, a więc prawie pięć lat po wyzdrowieniu.
Na początku tego roku Półtawska wyjechała do Stanów Zjednoczonych na
skomplikowaną operację kręgosłupa szyjnego. Groziło jej porażenie
wszystkich kończyn i krakowscy neurochirurdzy zdecydowali się wysłać ją
do Honolulu, do prof. Ralpha Clowarda - wybitnego specjalisty od tego
typu zabiegów. Operację przeszła pod koniec lutego i na początku marca
opuściła klinikę. Na powrót do Polski otrzymała od niemieckiej
organizacji Pax Christi bilet okrężny i mogła wybrać dowolną trasę
powrotną. Wracała przez Londyn, Paryż oraz Rzym. W notatkach z podróży
kilka razy pisze, że chciałaby spotkać o. Pio, lecz nie potrafi
uzasadnić dlaczego. Pod koniec kwietnia znalazła się we Włoszech, a 11
maja dojechała do San Giovanni Rotondo. Następnego dnia zobaczyła się z
o. Pio.
"Jest we mnie tak, że nie znajduję słów, nie chcę nic pisać,
nie chcę nikomu mówić. Opowiem Ci, jak się spotkamy - ale. teraz dopiero
na pewno wiem, co się stało w listopadzie 1962.
Wiem - ale jak to wyrazić? Brak słów - no i teraz jest we mnie wreszcie
uciszenie" - pisze w notatce przeznaczonej dla Wojtyły i mimo
zastrzeżenia, że opowie wszystko przy osobistym spotkaniu, podaje
lakoniczny opis zetknięcia się ze świątobliwym zakonnikiem.
Po mszy św., wychodząc z zakrystii, podszedł do niej i kładąc rękę na
jej głowie, zapytał: "Allora, va bene?". "Kobieta obok nas rozpłakała
się i mówi, że tyle razy tu była, a nigdy nikogo nie dotknął, że mamy
szczęście. Wiem, że to było dla mnie - nikt mi tego nie wytłumaczy.
To
przeze mnie pogłaskał także zakonnice. Ale to było dla mnie -
rozpoznał mnie. I teraz jest we mnie wreszcie wyciszenie" - napisze.
Wydarzenie to przez wiele lat było tajemnicą rodziny Półtawskich oraz
Karola Wojtyły. Nikomu o tym publicznie nie mówili. Przechowane przez
Angela Battistiego dwa listy Wojtyły do o. Pio po raz pierwszy
opublikowano dopiero w 1987 roku z okazji wizyty Jana Pawła II w San
Giovanni Rotondo. Sama Półtawska wypowiedziała się na ten temat dopiero
pięć lat później. W 1992 roku o spotkaniu z o. Pio napisała: "To
spojrzenie mam w sobie -i tego spojrzenia nie da się opisać. A ja nagle
wiedziałam, że On mnie rozpoznał i że to właśnie On przyczynił się do
tych pięciu procent tam, wtedy - na oddziale onkologii! Spojrzenie i
uśmiech jakby trochę figlarny... (...) Czułam i czuję do dziś dotyk tej
dłoni na mojej głowie.
Zrozumiałam i rozumiem do dziś to spojrzenie przenikające do głębi serca - i noszę je w sobie".
Ojciec Pio stał się jej prywatnym - choć wtedy jeszcze nieformalnym -
świętym. Do tego stopnia bliskim, że zaczęła mu przypisywać wiele
wydarzeń ze swojego życia.
Jak choćby to, gdy w jakimś parku podeszła do niej nieznajoma kobieta i
poprosiła, by poszła z nią do ciężko chorej siostry. Kiedy do niej
dotarły, ta bez ogródek oświadczyła, że miała pewność, że Półtawska do
niej przyjdzie. Ojciec Pio jej o tym powiedział.
Albo to, gdy stojąc w deszczu w długiej kolejce na postoju taksówek i
widząc, że nie zdąży na zaplanowane spotkanie, westchnęła:
"No, tym razem muszę mieć pomoc z góry, bo nie ma siły, nie zdążę". Nagle pojawia się dawny pacjent i proponuje pod-wiezienie.
Albo w 1978 roku, gdy przed Bożym Ciałem lało jak z cebra, a
ona poprosiła o pomoc o. Pio. Podczas mszy św. odprawianej w katedrze
na zewnątrz jeszcze padało, ale gdy tylko ludzie wyszli na
dwór, deszcz ustał i przez całą procesję nie spadła ani jedna kropla
wody. Lunęło, gdy wrócili do katedry. "Cud? Oczywiście, zjawisko
naturalne - ale ja wiem, że to nie tak. Że mój prywatny Święty
podtrzymał niebo i zasłonił Hostię niesioną na ulice. Nie zmuszam
nikogo, żeby w to wierzył - nie mówię, ale ja wiem" - stwierdza.
Także podczas wycieczki z przyjacielem księdzem. Też padało, ale o.
Pio sprawił, że gdy zaczynali mszę św., przestało. Nad nimi piękne
słońce, a po bokach ciężkie deszczowe chmury.
Albo wtedy, gdy po niegroźnym wypadku samochodowym na jej twarzy
pojawił się obrzęk, spowodowany przez płyn mózgowo-rdzeniowy. Znajomy
lekarz orzekł, że trzeba operować, ale przecież ona musi pojechać do
Rzymu! I wtedy pomaga przyłożony do twarzy obrazek z kawałeczkiem
relikwii i modlitwą o beatyfikację o. Pio. Rano po obrzęku nie było
śladu.
Interwencja ma miejsce także podczas wizyty u pewnego kapłana, który
był zaprzyjaźniony z o. Pio i miał w domu różne należące do niego
kiedyś przedmioty. Przy stole wywiązała się ożywiona rozmowa z innymi
gośćmi. Krytykowano Kościół, hierarchów.
A kiedy Półtawska mówi,
że ta dyskusja na pewno nie podobałaby się o. Pio, "z tych
nagromadzonych przedmiotów buchnął tak skoncentrowany zapach kwiatów,
jakby ktoś rozbił flakon perfum". Wszyscy zamilkli, a ona powiedziała tylko: "no właśnie".
Czy pomógł wtedy, gdy jesienią 1975 roku po raz kolejny zdiagnozowano u
Półtawskiej nowotwór? Złośliwy - do natychmiastowego usunięcia.
Sytuacja trochę podobna do tej z listopada 1962 roku. Wojtyła w Rzymie,
ona w krakowskim szpitalu przeżywa wszystko w samotności. Znów strach
przed operacją, przed kalectwem. Nowotwór usunięto w całości. Przerzutów
nie było. W notatkach żadnych śladów po prośbach o pomoc do o. Pio.
"Chciałabym doczekać tej chwili, kiedy fanfary na placu świętego Piotra
ogłoszą, że Kościół uznał Go świętym - chciałabym tego nie dla mnie,
bo ja sama nie mam żadnych wątpliwości. (.) Taki święty jest potrzebny
dla naszej ziemi i dla tej zagubionej ludzkości, która nie może
odnaleźć prostej drogi do nieba.
Chciałabym to widzieć, jak się
odsłoni jego postać wyniesiona na ołtarze, i myślę, co zrobić - co
zrobić?! - żeby ten moment przyspieszyć? Jak poruszyć to Niebo? Myślę,
że do tego trzeba poruszyć Niebo, bo ta ziemia jest zbyt oporna i pełna
przeszkód" - napisze Półtawska w 1992 roku w jednym z artykułów.
- Poruszała to niebo wszelkimi możliwymi sposobami. W sprawie
beatyfikacji naciskała na wszystkich, którzy mogli coś w tej sprawie
zrobić. Oczywiście głównie na Jana Pawła II, któremu też zależało na
szybkich pracach przy procesie - mówi mi abp Edward Nowak, w latach
1990-2007 sekretarz watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. -
Półtawska wręcz nas zadręczała w tej sprawie. Mówiła, że my w
kongregacji nic nie robimy, że za wolno pracujemy. Nie mogła zrozumieć,
że pewnych procedur po prostu nie da się przeskoczyć czy obejść -
dodaje.
To podejście widać w jednym z tekstów Półtawskiej, w którym porusza
m.in. problem procesu beatyfikacji zakonnika z San Giovanni Rotondo: "No
więc żeby poruszyć Niebo, trzeba się modlić o to, żeby ten proces
wreszcie się skończył.
Bo właściwie ten proces to jest tylko biurokracja, sterty papierów, które i tak nie przemogą ludzkiej pewności.
Padre Pio jest święty, czy go tak nazwą, czy nie. Ludzie - setki,
tysiące ludzi - dziś już mają to przekonanie, ale jest potrzebny ten akt
formalny, żeby jeszcze pomnożyć możliwości działania".
W tym samym tekście wspomni również o tym, że przy każdej wizycie we
Włoszech odwiedza San Giovanni Rotondo i modli się przy grobie
zakonnika. Niepokoi ją fakt, że jego współbracia usuwają kwiaty z jego
grobu, bo przed beatyfikacją nie wolno szerzyć kultu. "Nie rozumiem
tego. Co to znaczy? Kto może mi zabronić modlić się do mojego Świętego? A
wreszcie, przecież warunkiem kanonizacji jest vox populi (»głos ludu«)!
Ludzie muszą uznać kogoś świętym i dopiero wtedy Kościół to akceptuje. A
ludzie już dawno uczynili Ojca Pio świętym, bo Go znali. »Znał swoje i
one go znały« - więc na co jeszcze czekać???" - pytała.
- W tym artykule najlepiej opisała swoje podejście do procedury.
Wychodziła z założenia, że skoro ona jest przekonana o świętości o. Pio,
to cały Kościół musi tak uznać. Nie ma na co czekać. Parę razy byłem
świadkiem tego, jak wierciła Janowi Pawłowi II dziurę w brzuchu w tej
sprawie - opowiada jeden z obecnych pracowników Kongregacji. -
A on za każdym razem tłumaczył, że nie ma się co spieszyć - dodaje.
"Pozwoliłam sobie nawet przypomnieć Ojcu Świętemu, że św. Antoni został
wyniesiony na ołtarze w ogóle bez procesu, tylko decyzją papieża. Ale
nasz Ojciec Święty odpowiada: »Ja też chcę, ale wszystko ma swój czas« i
uważa, że trzeba respektować oficjalną drogę wyznaczoną przez
kongregację. Ile razy mówię, że chcę doczekać tej chwili, a jestem już
stara, Ojciec Święty odpowiada: »Ja też chcę, a jestem starszy« - no i
takie są nasze rozmowy" - mówiła Półtawska w wywiadzie dla "Głosu Ojca
Pio".
W listopadzie 1996 roku Jan Paweł II napisał do Kongregacji Spraw
Kanonizacyjnych list z prośbą o przyspieszenie prac nad procesem
beatyfikacyjnym o. Pio. Komisja teologów nie badała cudownego
uzdrowienia w 1962 roku Wandy Półtawskiej, bo w procesie nie liczą się
cuda dokonywane za życia kandydata na ołtarze.
W grudniu 1997
roku Kongregacja zakończyła prace. Beatyfikacja o. Pio odbyła się 2
maja 1999 roku na placu św. Piotra w Rzymie. Trzy lata później - 16
czerwca 2002 roku - Jan Paweł II ogłosił go świętym. W obu
uroczystościach brała udział Wanda Półtawska. A kiedy później bywała w
San Giovanni Rotondo, gwardian tamtejszego klasztoru dawał jej klucz do
celi o. Pio, by mogła tam spokojnie pobyć.
W marcu 2017 roku Wanda Półtawska przekazała parafii pw. św. Ojca Pio
na warszawskim Gocławiu jego relikwie, które sama wcześniej otrzymała od
przyjaciół świętego. Są to skrzepy krwi świętego oprawione w obrazek,
zdobiony relikwiarz z fragmentem bandaża z jego rany oraz obrazek z
własnoręczną dedykacją.
Fragment pochodzi z książki "Wanda Półtawska. Biografia z charakterem".
https://deon.pl/wiara/duchowosc/cud-wandy-poltawskiej,457769