Galernicy z Kornwalii. „Dlaczego wyjeżdżacie, mogąc do śmierci pozostawać tutaj?. Nie odpowiadali…”
kwi 03, 2014
„Czy
jeszcze nas gdzieś los pogna w warunki może trudniejsze od farmerskich?
Bóg to jeden wie i na Jego wolę zgadzamy się z góry” pisała Zofia
Kossak w roku 1957 do znajomego, w kilka miesięcy po powrocie do kraju. Zgodliwie,
ale nie bezradnie, bo i przyjęcie na siebie przez Kossaków (okazało
się, że był to czas dziesięciu lat) roli farmerskiej na angielskiej
prowincji, było efektem akceptacji Jego woli, ale nie osobistej
bierności wobec losu. Chcieli być samodzielnymi, wolnymi w każdym
aspekcie swego bytu, także i finansowym. On – były oficer zawodowy, ona
pisarka, jedna z ważniejszych w polskiej literaturze. Owszem, nazywano
ich rolnikami, wszak oni, osobiście szybko zaczęli nazywać siebie
galernikami.
Dziś widać, iż nie był to czas stracony. Pisarka jednak
potrafiła połączyć trud pracy fizycznej z pisaniem (niewątpliwie
wspomagał ją w tym mąż), stworzyła kilka ważnych dla swego dorobku,
pozycji. Np. w 1952 wychodzi w Londynie jej powieść
„Przymierze”. Zarobek umożliwia dokonanie remontu ich angielskiego,
chłopskiego domu. W tych latach spędzonych w Kornwalii stworzyła jeszcze
kilka innych istotnych pozycji: „Oblicze Matki”, „Rok Polski”, także
pierwszy tom „Dziedzictwa”.
A jednocześnie rodziła się książka,
którą dzisiaj mogę omawiać. Rodziła się z doświadczeń, a nie świadomego
artystycznego zamysłu, jak cała pozostała twórczość Zofii Kossak. Pisać
ją zaczęła dopiero po powrocie do Polski, nie szło jej łatwo,
ostatecznie uznała ją za skończoną w 1962, wtedy też podjęła działania o
edycję. „Wspomnienia” wyszły jednak dopiero w 2007, po ponad
czterdziestu pięciu latach. Jestem zresztą pewien, iż wcześniej, w PRL,
wyjść nie mogły! I to pomimo doskonałego, krytycznego opisu udręki życia
dnia codziennego wiedzionego w kraju kapitalistycznym!
A wyjść nie mogły bo i za wiele jest w nich optymizmu, witalności życia. Za
wiele jak na tolerancję komunistów, którzy ideowo kochają brud,
pesymizm, przegranie (ktoś tym dotknięty bardzo łatwo poddaje się opiece
np. państwa, a o to chodzi wszelkiej maści socjalistom)…
Ale, co było niewątpliwie dla cenzorów najważniejsze: za
dużo jest w tych wspomnieniach ukazania siły, jaką daje autorce – w
walce ze złem, przeciwnościami – wiara katolicka. Daje jej osobiście,
jej najbliższym, ale i polskiej społeczności emigracyjnej.
Kossak opisuje nie tylko Polaków, nas tam była garstka, i mało
autentyczna w swej profesji rolniczej. Istotnymi bohaterami wspomnień są
sąsiedzi, a więc Anglicy. Plus zwierzęta, ale i pogoda; ciężki, zimny i
wietrzny klimat. Na sąsiadów pisarka często patrzy z przerażeniem, nie
pojmuje ich obojętności na politykę, nie pojmuje ich świętej wiary w
słowo wyczytane, np. w lokalnym tygodniku.
Zaskakuje ją ciągle
bezkrytyczny kult wszystkiego, co brytyjskie. Mrozi ją ich obojętność na
drugiego człowieka. Podziwia pracowitość kobiet, współczuje skromności
życia towarzyskiego. Nie rozumie antysmakowej konsekwencji kuchni
angielskiej; buntuje się wobec ich niechęci dla kwaśnego mleka, białego sera, bryndzy. Przeraża zimno, te dosłowne:
„Prawdziwy Brytyjczyk gardzi ogrzewaniem centralnym, ba gardzi piecem.”
Jedynie kominki, a z tego ciepła tyle co… Natomiast, jak sami przyznają, dzięki kominkom mają… w co patrzeć wieczorami!
Kossak nie unika kontaktów z sąsiadami. Nie unika także
lokalnego pastora. Niewątpliwie swymi osądami mocno go bulwersując, ale i
on nie omija ich progów. Za którąś wizytą, pastor zaatakował Kościół
katolicki za włoski monopol na Papieża:
„wy, Polacy, tacy katolicy, mieliście, choć jednego papieża Waszej narodowości?”.
Kossak, jak zawsze optymistka, spokojnie stwierdziła:
„mamy czas, doczekamy się…”
Dom ich odwiedza także ksiądz katolicki, ten Anglik jest także optymistą, zapowiada szybki powrót Anglii do katolicyzmu.
Poza tym ciężkie, codzienne życie. Np.
walka ze ślimakami, plagą upraw. Albo z wodą, która nie czeka w studni,
tak jak w Polsce, do kilkunastu stopni mrozu by zamarznąć; tu wystarczy
jej kilka stopni i już jest problem. Przyjemności życia to np. konkursy
owczarków popisujących się swoimi możliwościami wobec stada owiec. A
dobre ułożenie takich psów to tradycja wielopokoleniowa. Bo tam wszystko
jest wielopokoleniowe, niewzruszone wojnami, odrzutowcami. Uważny
czytelnik zauważy, iż wydawca opatrzył książkę mówiącą o czasie przełomu
lat 40. i 50. zdjęciami prawie, że dzisiejszymi, bo z 1998. Czytelnik
nie ma obaw – tam się nic nie zmieniło, jedynie ludzie się postarzeli, i
nowe marki aut się pokazały. Ale domostwa, kamieniczki stały tam gdzie
stały od XIV, XV wieku. I te same drogi prowadzą do miasteczek,
kościołów.
„Kontrasty: na niebie pod pędzonym wiatrem obłokiem leciał
odrzutowiec, pisząc swe białe meandry, a na ziemi, droga wijącą się
pomiędzy żywopłotami, człapał stary ciężki koń, Old Prince Marxa,
ciągnący staroświecką dwukółkę o liniach niewiele odbiegających od wozów
bojowych, na jakich Brytowie gromili niegdyś legiony cezarów”.
Z. Kossak
tej niezmienności nie ocenia, ona ją stwierdza. I opisuje, wspaniale
opisuje. Ta nie za gruba książka daje nam nieznany dotąd w
przenikliwości opis tamtejszych, prowincjonalnych ludzi, ich poglądów,
ich życia codziennego. A jednocześnie, jak nigdy dotąd Kossak
jest tak blisko zwierząt, ich zdychaniu, ich narodzinom. Farmerzy (jak
pisze o sobie i mężu, mocno ironicznie, autorka) potrafią, o ile nie
rozmawiać, to co najmniej rozumieć, i uznawać w nich całkiem
inteligentne istoty. Tak np. ocenia farmerka indora, który kiedyś
przyleciał do kuchni z głośnym wrzaskiem. Gdy zaintrygowana poszła za
nim okazało się, iż gęś wsadziła łeb między pręty i była już bliska
uduszeniu. Już tak mądrymi nie były owce, które w identycznej sytuacji
pozwoliły swej koleżance zdechnąć. No i psy, koty – każde zwierzę o
innej indywidualności. Już nie mówiąc o inteligencji krów, dla której
farmerzy nie mają słów uznania. Ale też o dramatach emigranckich, np.
żony Angielki zakazujące polskim mężom czytać polską prasę, książki. No,
ale to już notacja ze świata ludzi, natomiast krowy to…
Kossak nie pisze o tym wprost, ale w książce wyraźnie wyczuwalny jest
ciągły dystans do miejsca, środowiska pobytu. Ona tam nie chciała
zostać na zawsze, ona tam tylko była. Godnie, uczciwie, na swoim i o
swoje wartości dbając. Przecież, gdy tylko nadszedł moment, w którym
oboje uznali za możliwe, gdy dojrzeli pierwsze symptomy zmian w PRL…
Decyzję podejmują w roku 1957. Sąsiedzi pytali:
„Dlaczego wyjeżdżacie, mogąc do śmierci pozostawać tutaj?”.
Nie odpowiadali…
Grzegorz Eberhardt
Źródło: Grzegorz Eberhardt, Świat jednak jest normalny, Zysk i S-ka, Poznań 2014.